Zdarza mi się usłyszeć, jak dzieci rozmawiają po angielsku… zupełnie mimochodem. W kolejce po kredki, w zabawie, na przerwie. Mówią do siebie, do nauczyciela, czasem nawet do misia. I wtedy wiem, że to działa.
Nie uczę ich tylko słówek i zasad gramatyki. Pokazuję, że angielski to narzędzie – do śmiania się, pytania, proszenia, opowiadania o sobie. Dzieci nie „uczą się języka” w tradycyjnym sensie – one w nim żyją, jeśli tylko stworzy się im odpowiednie warunki.
To właśnie dlatego nasze lekcje są pełne ruchu, gier i emocji. Bo kiedy dziecko zapomina, że „się uczy”, zaczyna naprawdę mówić. A ja wtedy słucham… i cieszę się jak dziecko.